8 października 2013

Człowiek, który mnie nie zna

Powiedział mi, że według niego "jestem niegodna"
Powiedział mi również, że według niego "się nie nadaję".
Powiedział także, że coś tam o mnie "źle świadczy".
Powiedział tak o mnie człowiek, który mnie nie zna. Który widział mnie na oczy pierwszy raz, tak jak ja jego.

Człowiek, który mnie nie zna musiał wyrazić zgodę pisemną na to, by dwie parafie dalej moje dziecko dopuszczone zostało do przyjęcia pierwszej komunii. Ten sam człowiek musiał wyrazić drugą zgodę bym mogła dostąpić zaszczytu bycia chrzestną mojego bratanka. Jeden człowiek, który mnie nie zna musiał wyrazic dwie zgody pisemne, bo inny człowiek, który mnie nie zna zażyczył sobie zgód owych. Dwaj ludzie, którzy mnie nie znają, a już zupełnie nie orientują się w  skali etyki, moralności i religijności jakimi dysponuję w życiu codziennym, w niedziele i święta, ci dwaj ludzie uwięzili mnie w kleszczach biurokracji kościelnej.

Gdy prosiłam człowieka, który mnie nie zna o dwie zgody pisemne to taka byłam tyci-tyci malutka, przyciśnięta do krzesła ciężarem żenady.
Z każdym "jesteś niegodna " i "się nie nadajesz" robiłam sie coraz mniejsza, tyci-tyci. Ani przez chwilę, choć przez sekundę człowiek ten nie chciał zgłębić obszarów mojej etyki, moralności i religijności.
A gdy  juz byłam taka maleńka, że niewidoczna prawie to chwyciłam się ostatniego argumentu, jak tonący brzytwy się chwyta. Chwyciłam w rękę argument.
I człowiek, który mnie nie zna powiedział na koniec, że on "w zasadzie nic nie musi".
Ja mu na to, że "wiem ale byłabym wdzięczna", powiedziałam kładąc na biurko argument w postaci białej koperty z zawartością.
Wziął.
Zgody wypisał.
Podziękowałam.
Wyszłam.
Mam nadzieję, że już tam nie wrócę.
Wybacz mi ojcze, bo zgrzeszyłam.






4 października 2013

Dziki szał


Za rąsię, pod rąsię, rąsia w rąsię.
Pod krawatem, w butach kościołowych, ale też i "na codzienniaka". Z wąsem wyczesanym i w chmurze bardzo męskiej wody kolońskiej, takiej w stylu maczo.
Niejedna niwiasta udekorowana niczym wóz drabiniasty na dożynki. Z fryzurą prosto od pani Uli, lokalnej gwiazdy od stylizacji włosów, która takie loki robi to ho ho! Z kwiatem w puklach, w kiecce którejś z tych lepszych, i w kozakach nowych, co przedwczesny debiut mają, bo to przecież jeszcze nie Wszystkich Świętych.
Z szałem w oczach, w amoku bezgranicznym, z fascynacją i desperacją. Z ciekawością, chciwością i naiwnością. W kurtkach płaszczach, zapiętych, odpiętych, zdjętych. Krokiem leniwie spacerowym lansowym, półdreptem, półbigiem, galopem. Babcie, matki, żony, córki i kochanki. Dziadkowie, synowie, urzędnicy i rolnicy. Obłąkani, opętani, poirytowani. 
Idą masy, leją się bezmyślnie jak pod wpływem hipnozy domorosłego pseudoterapeuty. Ulicami, bo chodniki zablokowane samochodami. Korek na skrzyżowaniu policja lizakiem i gwizdkiem przepycha niczym jakiegoś  gluta w rurze kanalizacyjnej. Straż Gminna się puszy i pierś pręży cherlawą. 
W domach szołmeni z telewizji śniadaniowych, a później bohaterowie "Klanu" wdzięczą się jedynie do niedopitych i stygnących herbat pozostawionych na stole. Ekspedientki stoją w progach pustych sklepów paląc nerwowo papierosy. Na posesjach furtki i bramy niedomknięte. Kościół opustoszały.
A masy idą, leją się bezmyślnie. Masy obłąkane, opętane.  Leją się masy w atmosferze napięcia i wyczekiwania. 
Samochód, w którym siedzę stanowi jedną setną gluta zwanego korkiem. Policjant już purpurowy  z wysiłku i gwizdek mu się zacina. Siedzę, patrzę i nadziwić się nie mogę. Masy idą, leją się bezmyślnie między samochodami.
Jakiś cud sie stał? Papież wpadł  z niezapowiedzianą wizytą? Rolling Stones? U2? Justin B., czy FC Barcelona?
Nie. To Lidla otwarcie.
Lidla!
Takiego samego jak czterysta dziewięćdziesiąt dziewięć  pozostałych w pięknym kraju nad  Wisłą.
Siedzę, patrzę i nadziwić się nie mogę.