Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlam posty z etykietą z nadzieją

Koniecznie gumowe

Po rękawice jechać trzeba. Jechać muszę. Bez rękawiczek sobie nie poradzę. Trudno.  Bez rękawiczek się poranię, pokaleczę. Paznokcie pozdzieram, linie papilarne pościeram. Zadziory będę mieć, a chemia zeżre mi skórę na dłoniach. Tego nie chcę. Po rękawiczki jechać muszę. Gumowe takie. A pracy dużo będzie. Zakurzyło się, zarosło. Pajęczyny wszędzie i lebioda po pas. Brudne wszystko i zaniedbane. Jakby od dwustu czterdziestu siedmiu lat nikt nie zaglądał. Tynki pękają, deski na podłogach spróchniały, żyrandol dynda na jednym kablu. Co dwie i pół minuty z kabla iskra ucieka. W wyjącej lodówce spleśniały pomidor. A w zasadzie pół. Z kaloryfera woda kapu kap...kap...kap...  Roboty, roboty, roboty po pas. Po pachy. Za grzywkę. Po dach. Po rękawiczki jechać muszę. Gumowe takie. Posprzątam. Odkurzę. Przewietrzę. Pościeram, zmyję, zetrę, wyremontuję. Padnę na twarz. Powstanę i kwiaty zasadzę. Podleję. Chleb upiekę i ciasto z truskawkami. Ugoszczę. Wódki poleję. Us...

Stendbaj

Tak ogólnie to wszystko w porządku. Wieści zewsząd napływają w miarę pozytywne, bo te nieliczne negatywy to raczej do ogarnięcia są. Dzieci też dobrze. Nie kaszlą, nie plują, dobrze się czują. Potrzeba przejścia na inny kanał życiowy (ten jesienny) jest silna ale co z tego, skoro w pilocie baterii brak. Klasyczne stendbaj, i tyle. Wszystkie chęci, by ruszyć "z kopyta" więdną i usychają jak objawy jesieni. Później spadają i szeleszczą pod butami, albo mieszają się z błotem. Buty, swoją drogą, te od biegania leżą w kącie i patrzą na mnie przepełnione żalem. Przytyły od ostatniego biegania i chce im się. Mi nie, bo one uwierają. Nie stopy, lecz mózg. Stos książek i rząd filmów czekają również. Praca czeka. Czekają obowiązki, zaniedbania i zaniechania. Papiery czekają i ludzie. Pomysłów w głowie kłębi się z osiem tysięcy. Takich dotyczących i mnie i świata. Takich, że jak je zrealizuję, to świat będzie leżał u mych stóp, ha! I to wcale nie jest trudne, ha! Kiwnę paluszkiem,...

O tym, dlaczego nie

Dlatego, że wolę siedzieć i patrzeć jak trawa rośnie.  Dlatego, że chwasty wyrywam, a jak już skończę to muszę od początku i fajne to jest. Dlatego, że ramion kilka smaruję przed słońcem. Muchy odganiam, osy, a mrówki brutalnie traktuję różowymi granulkami. Dlatego, że basenik dmuchany filtruję przez dłonie z paprochów przeróżnych. Dlatego, że stopy brudne domywam wieczorami. Swoje. Moje najbrudniejsze. Dlatego, że od trzech tygodni remot mam, bo lato to podobno pora najlepsza ku temu. Z domu kurz wyganiam. Dlatego, że w warzywniakch zachwycam się mnogością dóbr sezonowych. I koktakle mieszam, kompoty gotuję i placki z owocami, co tylko przez chwilę. Dlatego, że bąble po komarach rozdrapuję. Dlatego, że wieczone piwo z nimi, a wino sama. Dlatego, że ciepłe wieczory na tarasie i pelargonie trzeba skubać.. Dlatego, że cieszę się latem i słońce wącham. Po prostu, bez wymuszenia. Dlatego właśnie internet częściej off niż on . Dlatego nie piszę. Na blogu. Dlat...

Przed wschodem słońca

Od świtu bladego zapowiadało się, że dzień ten będzie trudny i niespokojny.  Czyste jak łza przez ostatnie dni niebo, spowiły grafitowe chmury. Wiatr targał nawet starymi i silnymi drzewami i skutecznie wywiewał resztki pozytywnych myśli z ludzkich głów. Lało niemiłosiernie. W Poznaniu tego dnia spadła jedna dwudziesta rocznych opadów, jeżeli wierzyć statystykom, oczywiście. A deszcz był jak żywcem wyjęty z filmu "Forrest Gump": spadły go wszystkie rodzaje, we wszystkich możliwych kierunkach. Temeratura powietrza spadła o kilkanaście stopni. Ziarno niepokoju zasiał pierwszy telefon. Gdzies około dziewiątej rano. Dalej działo się już jak u Hitchcocka. Po fałszywych alarmach bombowych w kraju sprawdzono dwadzieścia dwa obiekty użyteczności publicznej – szpitale, sądy, budynki prokuratury i policji, a także centra handlowe. Ponad 2700 osób musiało opuścić budynki. Fałszywe ostrzeżenia wysyłano z serwerów w kraju i za granicą. A młode działaczki PiS, tzw. aniołk...

w-i-poza

Wyszła.  W końcu wyszła, mocno spóźniona w tym roku, Demeter. Opuściła lochy tajemne, piekła, zamczyska podziemne. Ciemnie, ciemnice, zimnice, bród, smród i ubóstwo. Wyszła i przyszła. Wyszło i przyszło za Demeter to, co ludziom potrzebne. Do życia. Pokazała, uświadomiła dwa światy.  Dwa światy i dwa życia. Jak dwie strony medalu, czy kija z końcami. Dwoma. Pokazała życie i takie sobie bycie, trwanie przy życiu i w nadziei. Przynajmniej moje to trwanie pokazała. Bo w rocznym cyklu, życia dwa. Życie "w" i "poza".  Pół roku podziemnej wędrówki Demeter to zimno, biel i szaruga. To życie "w".  Teraz wyszła, a wraz z nią, pąki i pęki. Kiełki zielone i pościele, które jakby dostając własnych nóg, uciekają z domów przez parapety otwartych na oścież  okien. To drabiny pod dachami  i  stukoty młotkami. To płotów malowanie i dywanów trzepanie. Hałasują areatory, a warkot ciągników jest błogosławiony. Stoją przy płotach malowanych sąsiedzi, co ...

By chodzić światami

Podobno jej babka robiła to każdej wiosny. Jak tylko wody gruntowe wybiły studnię, a z pól pachniało zaoraną ziemią. Babka nie wiedziała skąd jej się to bierze, ale czekała na to całą zimę. Wychodziła wtedy na drogę mówiąc, że czas już chodzić światami . W przytarganą ze strychu rozpadającą się walizkę pakowała to, co miało dla niej największą wartość: zdjęcie zmarłego dziecka, obrazek poświęcony przez papieża i bulwy georginii.  Walizka stała w sieni, dopóki niepokój w babce nie wygasł. A gasł on z reguły w porze sianokosów. Nigdy nigdzie nie wyjechała. Zawsze gdy tylko. Gdy tylko rozpruje się ciężkie od chmur zimowych niebo i przedrze przez rozprucie choćby nikły promień słońca. I gdy tylko da się słyszeć przez zamknięte okno oszalałe ptaki, chce mi się. Bardzo. Chodzić światami. Moimi światami. Niewytłumaczalne to. Może nawet zwierzęce. Ale tęsknota zadomowiona gdzieś na wysokości mostka aż boli, i na barki tak przechodzi. Bolące barki mają chęć ściągnąć z poddasza ...

Niech więc leci kabarecik

Skoro powiedziałam A, muszę co najmniej wydukać B. Skoro odważyłam się zgłosić, chciałabym uniknąć kompromitacji. Samo zgłoszenie się do konkursu to nie wszystko. O dzisiaj zaczyna się drugi eta p mając y na celu wyłonienie dziesięciu blogów z każdej kategorii tematycznej. Ja startuję w kategorii JA I MOJE ŻYCIE .  Z grupy wychodzą blogi z największą ilością głosów. I na tym etapie najwięcej zależy od Was. I od ilości Waszych SMSów. Przez najbliższy tydzień najprawdopodobniej będę Was atakować za każdym rogiem każdej ulicy. Będę wychodzić z Waszych lodówek, koszy na brudy i szafek z obuwiem. Będę nękać. Będę dręczyć. Będę budzić w środku nocy. Będę nagabywać. Będę wywieszać transparenty z numerem mojego bloga w każdym mieście, w każdej jego dzielnicy. Będę robi ć graf f iti na murach i malować tramwaje . B ędę. Z mojego  numeru uszyję sobie skąpie bikini i będę w nim paradować po molo w Sopocie i po Krup ówkach. Zahaczę też o Augustów i Koluszki.  Będę Wasz...

Targowisko próżności

Dzieckiem był am, obiektywnie na to patrząc, zdolnym. Nie da się ukryć. Dzi ewczynka taka ze mnie była, co to się uczy ć nie musi, a i tak ciągle w przedzie. Obce mi było zakuwanie. Do zerówki szłam z umiejętnością płynnego czytania, a rodzice nie wiedzieli nawet kiedy literek się nauczyłam. Prawdopodobnie byłam pacholęciem, w którym pokłada się nadziej e . Wyszło jak wyszło , czyli zupełnie zwyczajnie, ale nie o tym dzisia j.  Szłam jak burza. We wszystkim . A le zdecydowanie wyróżniałam się zdolnościami manualn ymi . Mniej więcej w  piątej klasie moje wy jątkowe zdolności plastyczne zauważył jeden z nau czycieli. Taki z tych, Którym Się Chce. Ponieważ od zawsze przejawiałam głęboką niechęć do uczestnictwa w jakichkolwiek konkursach, nie dawałam sie namówić także i na plastyczne. Mimo, że malowanie przychodziło mi z niebywałą łatwością. Patrząc na to z perspektywy czasu wiem , że był y to prace odważne i dojrzałe jak na dwunasto-trzynastoletnie dziecko.   N...

Nie namówi mnie nikt

Nie ma mowy. Nigdy w życiu. Nie namówi mnie nikt. W żadnym wypadku, przypadku. Nie zrobię tego. Bo nie.  Ani prośby, ani groźby nawet nie skłonią mnie. Do podsumowań, rozliczeń, bilansów, przemy ś leń, rankingów, wyborów. Do odhaczeń i podliczeń. Do rysowania tabelek z plusami i minusami. Do przekreślania , skreślania i zakreślania. Kreskami grubymi, cienkimi, liniami łamanymi. Co niby miało by tam być, się znaleźć? Co miałabym w takim bilansie spisać? Do czego wrócić? Do jakich wniosków dojść? Że, na przykład, ilość plusów nad min u sami jest miażd ż ą ca? Stwierdzić bym miała ? To stwierdzam oczywiście i uroczyście. Że rok był dobry, ciekawy, łaskawy. Mimo wszy stko i wszystkiemu mimo. Działo się, i owszem. Że co złe się wydarzyło, to tylko po to, by na dobre potem wyjść. I wychodzi. Pomału, ale idzie w kierunku dobrym. Że ludzi poznałam nowych, fajnych i ciekawych. Że byłam t u i ówdzie. Że miałam okazji kilka, by cieszyć się jak dziecko. Że ugruntowały się , ...

Czerwona sukienka

I poszłooooo... A zapierałam się, buntowałam. Na nic to. Uległam i poległam. Poszłam z prądem owczego pędu. Dryfuję bezwiednie, beznamiętnie prowadzona przez nurt nakręcających się wzajemnie. Kolejna głupia, idiotka skończona. Jedna z tych, które przed świętami zachowują się tak, jakby ten malutki, betlejemski Jezusek był co najmniej głównym inspektorem sanepidu i innych tego typu jednostek. Jakby schodził raz do roku na ten ziemski padół, by skontrolować stan czystości okien, biel firanek i stopień nagromadzenia okruchów w fałdach kanapy. Na pierwszy ogień poszła szafa. Szafa, w której wszystko. Szafa, która jest tak wielka, że niekiedy odnoszę wrażenie, że reszta domu jest jej częścią, a nie odwrotnie. Szafa jak szafa , ale jej zawartość. .. A szczególnie część zawartośc i będąca moją własnością, a za razem zdecydowan ą większości ą zawartości. Po głębszym przeanalizowaniu zawartości owej, zamarłam w osłupieniu. I doszłam do wniosków następujących: a) w mojej szafie ciuchy...